wtorek, 30 stycznia 2007
raporcik

tak dużo się dzieje...

Zosia znów dała czadu i niezły wycisk swoim i tak już wykończonym rodzicom - 4 dni ostrej gorączki (+2 dni rekonwalescencji), infekcja wirusowa oraz dwa ząbki: lewa górna i dolna jedynka. Oczywiście ryk, brak apetytu, brak spania, uwieszona na cycu, więc cała nasza cudna dyscyplina, granice i zasady w niwecz się obróciły i na panewce spaliły. Na efekty nie trzeba było długo czekać - dziś 45 minut totalnej histerii z powodu położenia do łóżeczka.

Ale nie poddam się i nie pozwolę tej małej terrorystce rządzić!!! Miłość miłością, pieszczoty i czułość jak najbardziej, ale nie bedzie mi tu dzieciak łzami i wrzaskiem presji wywierać!!! Zła jestem, bo strasznie dużo mnie to kosztuje, ale właśnie z miłości to robię, bo na Małą źle wpłynęło robienie wyjątków podczas rekonwalescencji zwłaszcza.

Sprytne jest to dziecie nasze i uczy się strasznie szybko - to nasza radość i duma, ale jednocześnie musimy naprawdę uważać, co, kiedy i jak robimy!!!

Tymczasem znów nałożyły się kolejne zaległości ze snem, więc i emocje trudniej na wodzy utrzymać. Ale też postanowiłam się nie poddawać! Ani zmęczeniu, ani zwątpieniu. Chcę zacząć wreszcie choć trochę żyć i korzystać z tego wyjątkowego czasu, i cieszyć się tym, co mam!

Życie w końcu w moich rękach!!

:-)

I tak jeszcze myślałam o tym dawaniu. Wiadomo, że w dorosłych relacjach to się musi jakoś bilansować - nie o to chodzi, żeby wyliczać co do grosza, ale jednostronny układ jest chory (zgadzam się w 100% Pasiwo). Ale i z dzieckiem nie można tak, że dajesz aż do opadnięcia sił. Bo co wtedy tak naprawde dajesz? Jaki obraz kobiety/mężczyzny dziecko tworzy sobie w głowie, jakie przekonania o świecie, życiu i rządzących nim regułach? Wszędzie musi być umiar i we wszystkim szukać trzeba złotego środka, bo nadgorliwość gorsza jest od faszyzmu, a na śmierć zagłaskać wcale nie jest trudno.

Zosia uczy mnie dawania zdrowego. Zmieniają się moje relacje z mężem, ja się zmieniam. Odkrywam siebie, wyrywam się ze szpon powtarzanego od pokoleń w mojej rodzinie "poświęcactwa" i przyznam Wam się w skrytości, że tym rozwojem jestem tak samo zachwycona, jak rozwojem Zośki. Długa droga przed nami i jakże fascynująca!!!

14:47, absolutnieprywatne
Link Komentarze (11) »
czwartek, 18 stycznia 2007
O dawaniu

Nie mogę zasnąć, choć ciężka była noc (Zosi rośnie pierwszy ząbek)... Myślę o słowach, które przeczytałam wczoraj.

"By zwiększyć poczucie własnej wartości, Karen ponad wszystko pragnęła być doskonałą matką, ale jednocześnie czuła się bardzo niepewnie w roli matki Scotta."

"Jeśli dajemy tak długo, dopóki nie opadamy z sił - jak to miało miejsce w przypadku Karen - to zazwyczaj robimy to, bo naszym zdaniem tylko wtedy zostaniemy zaakceptowani lub utrzymamy istniejące związki; jeśli natomiast przestaniemy dawać, nasze dzieci przestaną nas kochać."

...nasze dzieci, partner, rodzice, przyjaciele i znajomi...

coś o mnie, choć trudno się do tego przyznać

Gorąco polecam książkę Laurie Ashner, Mitch Meyerson "Kiedy rodzice kochają za bardzo." - jest niesamowita i można z niej wiele wyczytać, nawet jeśli uważasz, że nie dotyczy to Ciebie (a zwłaszcza wtedy).

13:15, absolutnieprywatne
Link Komentarze (4) »
środa, 17 stycznia 2007
wspomnienie świąt - fotosy mamy

choinka fascynowała i kusiła Zosię

20:41, absolutnieprywatne
Link Komentarze (2) »
poniedziałek, 15 stycznia 2007
foto - sen

jeszcze raz o śnie, tym razem troszkę inaczej:

seria jak padłam, tak zasnęłam

1. boczkiem na kołderce

2. na brzszku z teletubisiem

3. na brzuszku z misiem

4. na wznak

sorki za jakość tych zdjęć, ale to z komórki :-)

I jeszcze jedno, mniej dramatyczne - w wózku:

Mimo że to już prawie miesiąc, sen Zosi nadal jest tematem numer jeden w moim życiu. Ale wyznam Wam szczerze - jest lepiej. :-)

17:47, absolutnieprywatne
Link Komentarze (7) »
czwartek, 04 stycznia 2007
teoria i praktyka

Wreszcie zabieram się do podsumowań w sprawie snu Zosi!

Książkowa teoria nie do końca sprawdziła się w praktyce. Jeżeli chodzi o noce, jest lepiej. Mała zasypia wieczorem w ciągu 5 - 10 minut sama w swoim łóżeczku razem z teletubisiem Lalą, różowym misiem i hefalumpem. Śpi jak głaz do 23 lub 24, kiedy to budzi mnie domagając się cycora. Je żarłocznie i szybko, zasypia na moich rękach, a ja całując ją i tuląc wkładam ją z powrotem do łóżeczka. Newet gdy się przebudzi, nie marudzi zbytnio. Czasem jęknie, czasem zakwili dla zasady, ale zaraz chwyta Lalę za nóżkę, dzwoni dzwoneczek (który jest w brzuszku u Lali) i Mała śpi. Kolejne karmienie koło 3 lub 4 przebiega podobnie. Natomiast o 6 zaczyna się cyrk, bo Mała chce spać u mnie, a nie w łóżeczku. A jeśli próbujemy ją oszukać i nie dać jej cyca, to zaczyna się afera i albo ryczy aż ją wyciągamy (po ok 40 minutach), albo śpi czujnie, rozbudzając się co 15 - 20 minut.

Jeżeli chodzi o spanie w dzień, to jest ciężko. Mała wprawdzie zasypia samodzielnie całkiem sprawnie ale po 20 lub 30 minutach wybudza się i wrzeszczy. Czasem udaje się ją uśpić powtórnie, ale też nie na długo. W związku z tym przez prawie cały czas Zośka jest tak naprawdę niewyspana i trze oczki.

Nadal chodzimy do Małej, kiedy płacze, co 5 minut (nie wchodzimy, kiedy słychać, że się sama uspokaja i wycisza). Jednak czas pobytu przy jej łóżeczku wydłużyliśmy. Jesteśmy tyle, ile potrzeba, żeby Mała spokojnie zasnęła. Jedną ręką trzymamy ją za brzuszek, drugą głaszczemy po główce i cichutko do niej mówimy. Wychodzimy w zasadzie na granicy snu i jawy - dzięki temu śpi dłużej i spokojniej, no i mniej płacze. Oczywiście jest to niezgodne z zaleceniami poradnika, ale wyszliśmy z założenia, że skoro po dwóch tygodniach dziecko nie śpi tak, jak zapewniano w poradniku, to należy wprowadzić takie zmiany, które pozwolą dopasować się do Małej.

Dlatego też nie będę jej na siłę odkładała o 6 do łóżeczka - jeśli nadal będzie się buntować, pozwolę jej spać ze mną na fotelu, gdzie ją karmię, albo pójdziemy do łóżka. (Znajoma mojej mamy bierze swojego synka nad ranem do łóżka i dzięki temu mały śpi jeszcze dwie godziny).

Jeżeli chodzi o spanie dzienne - tu mamy największy problem. Dziś pozwoliłam Zosi zasnąć przy piersi i odłożyłam ją do łóżeczka - spała 25 minut, potem się obudziła, więc wzięłam ją na rączki, przytuliłam, siedziałyśmy chwilę  fotelu do karmienia i zasnęła - znów ją odłożyłam i obudziła się po kolejnych 20 minutach. Nie jest to szczyt moich marzeń, ale jeśli porównam to z 20 minutami snu po 10 minutach płaczu i następnie 40 minutową histerią, jest dużo lepiej.

W nawiązaniu do komentarzy z poprzedniego spaniowego wpisu muszę zaznaczyć, że ta technika nie ma nic wspólnego z pozwolaniem dziecku na wypłakanie się!!! Pozostawienie niemowlaka samemu sobie uważam za barbarzyństwo. Wierzę, że dzieci rozumieją znacznie więcej niż nam się wydaje. Bycie przy dziecku, kiedy płacze, mówienie (ktoś przecież musi nazwać emocje, które przeżywa maleństwo), co się z nim dzieje, dlaczego, a także co chcą osiągnąć rodzice i zapewnienie dziecka o miłości i o tym, że wszystko jest w porządku i że sobie z tym poradzi, a następnie wyjście stawarza brzdącowi sytuację, w której może się uczyć.

Dziecko to nie robocik, czy pisek, którego można zaprgramować, czy wytresować. Nadmierna wiara w tę teorię o samodzielnym zasypianiu nie jest zbyt dobra. Nie da się ustawić życia jak w zegarku, jeść i spać, i srać tylko o wyznaczonych porach. Jest to nierealne - przynajmniej w naszym wypadku... Zawsze są jakieś okoliczności, które opóźniają lub przyspieszają pewne wydarzenia. Mniej więcej mamy plan dnia, mniej więcej o podobnych porach dzieje się to samo i to wszystko, co mogę w tym zakresie na razie zrobić.

Wiem, że konsekwencja jest podstawą. Nie zgadzam się z opinią, że pozwolenie dziecku na płacz powoduje syndrom wyuczonej bezradności. Po pierwsze Mała nigdy nie jest zostawiana z płaczem sama sobie ot tak, żeby się wypłakała. Przychodzimy do niej co 5 minut, żeby jej powiedzieć, że z nią jesteśmy, że ją kochamy - może przeżywać swoją frustrację w miarę bezpiecznych warunkach. Oczywiście, że nie jest jej miło, ale życie nie jest miłe i czeka na nią naprawdę wiele ciężkich do przejścia spraw. Uważam, że Mała uczy się kilku ważnych rzeczy: że coś od niej zależy, że może zrobić to sama (poczucie sprawstwa jest jak wiadomo jednych z ważniejszych czynników zadowolenia z życia), że są "złe" uczucia i emocje, że z tymi "złymi" uczuciami można coś zrobić - że można przytulić się do trąby hefalumpa, że można grzechotać Lalą i wtedy robi się spokojniej; że rodzice są, pomagają, ale nie załatwiają sprawy za dziecko, więc uczy się samodzielności; że rodzice kochają mimo wszystko;

Jestem przekonana, że zmiana ze spania z nami w łóżku na spanie we własnym pokoiku, we własnym łóżeczku była słuszna - gdyby łóżeczko stało w naszej sypialni, Mała nie zasnęłaby i płakała o wiele dłużej. Tak samo nie sprawdza się "niema" obecność podczas zasypiania, bez kontaktu wzrokowego - taka jaką proponuje superniania. Mała wtedy płacze bardziej i dłużej.

"Pierwszy rok, to czas najtroskliwszej opieki nad dzieckiem i odpowiadania najszybciej, jak to tylko możliwe, na wszystkie jego potrzeby" - myślę, że jestem naprawdę troskliwą mamą, jednak nauczyłam się, że reakcja na najmniejsze nawet kwilenie dzieciątka nie jest dobra ani dla dziecka, ani dla mamy. Po pierwsze dziecko nie uczy się samodzielnie radzić sobie z emocjami - jest wyręczane i przez to pozbawione szansy nie tylko doświadczenia emocji (a przecież nie zawsze płaczemy z rozpaczy), ale także uczenia się sposobów na przeżywanie tych emocji. Nie jet możliwe, aby przez całe życie chować dzieciaka pod kloszem i dbać, aby nie doświadczył zła, frustracji, rozgoryczenia, smutku, żalu - te uczucia są tak samo potrzebne jak sól i pieprz, żeby życie miało smak i kiedyś trzeba się z nimi oswojić, a wiadomo, że im szybciej (i gdy w pobliżu jest ktoś, kto będzie mądrze wspierał), tym lepiej. Po drugie taktyka reagowania od razu jest wykańczająca dla mamy - nie sposób tyle dawać, a mówię to z własnego doświadczenia, bo naprawdę to dla mnie świeże odkrycie, że miłość nie oznacza przenoszenia nad kałużą. Myślę też, że takie natychmiastowe reagowanie na każde zawołanie rodzi niezdrową, uzależnieniową relację.

A gdy mowa o dyscyplinie - nie wiem, czy to, co robimy nazwałabym dyscypliną? To raczej zdrowe wyznaczanie granic, które pokazuje dziecku jego miejsce w świecie i daje poczucie bezpieczeństwa! Żyjemy wśród ludzi, gdzie obowiązują pewne normy społeczne, zasady, a rodzina to pierwsze miejsce, gdzie dziecko je poznaje. Ograniczenie wolności, czy brak zgody na robienie wszystkiego, jak mi się podoba, wywołuje frustracje, bunt i złość - to pewne, a także zdrowe i oczywiste. Ale czy chcesz pozwolić, żeby dziesięciomiesięczne dziecko samo stanowiło o sobie: co i kiedy ma jeść, kiedy spać, jak się ubierać? Czy zgodzisz się ze mną, że kiedy jest mróz, to maleństwu trzeba założyć rękawiczki i czapkę? A moja Zosia tego nie lubi! I co? Mam pozwolić, żeby spacerowała z gołą główką? Jasne, że forma, jaką wybiorę, aby nakłonić Małą do paradowania w czapce, zależy ode mnie. Lecz fakt, że czapka na głowie być musi, nie podlega dyskusji. Ze spaniem jest troszkę inaczej, ale widzę, że te zmiany, które wprowadziliśmy, przyniosły korzyści także w innych obszarach życia:

Mała była płaczliwa - teraz płacze zdecydowanie mniej, np nie rozpacza, kiedy się wywróci i nic sobie nie zrobi, nie płacze, żeby wziąć ją na rączki - nauczyła się innej komunikacji, która jest skuteczna, ponieważ my mamy nastawione na nią swoje czułki i reagujemy na wysyłane przez nią sygnały.

Wydaje się być także odważniejsza - śmielej eksploruje otoczenie i o dziwo częściej puszcza się maminej kiecki, żeby wyruszać w nieznane rejony.

Najbardziej jestem dumna z tego, że potrafi się sama uspokoić, że potrafi się sama zająć sobą! Dzisiaj, będąc sama w łóżeczku, przestała płakać i bawiła się swoimi zabawkami. To wielki sukces.

No i tata wreszcie może także zająć się usypianiem (do tej pory nie było to możliwe, a wszelkie próby kończyły się np 1,5 h chisterią).

Przede wszystkim w godzinach aktywności Zosia jest pogodnym, uśmiechniętym i szczęśliwym dzieckiem!!! Od czasu, kiedy dłużej śpi także bardziej spokojnym!!!

Żeby nie było tak kolorowo:

- Mała cały czas reaguje płaczem na widok łóżeczka, choć czasem udaje się ją wsadzić tam i przez chwilę zająć zabawą;

- rzuca się na mnie i na pierś; z jednej strony wiem, że to ok, że rekompensuje sobie tę obecność, którą miała kiedyś (przypominam, że Zosia spała w dzień praktycznie na mnie, a w nocy wtulona we mnie, jedząc co dwie, a czasem co godzinę), z drugiej - przychodzi mi taka myśl, że zrobiłam jej krzywdę, że powinnam być cała dla niej, itd (choć wiem, że wtedy dopiero wychowałabym terrorystę)

- spania dzienne okupione są strasznym płaczem i to jest nie do zaakceptowania - będę szukała rady i pomocy, co zrobić!!!

A na koniec muszę wyznać, że mimo wszystkich plusów, cała ta akcja kosztowała mnie i kosztuje bardzo dużo. Znowu schudłam i bardzo trudno jest mi znieść płacz Zośki. Z resztą jestem tak przeczulona, że słyszę płacz dziecka nawet w warkocie wentylatora, czy szumie wody pod prsznicem. Ponieważ zaczęły puszczać mi nerwy i zdarzyło mi się krzyczeć na Małą, a także nią potrząsać i miałam ochotę ją uderzyć, poszłam na terapię (naprawdę przestraszyło mnie moje zachowanie). Myślę, że dopóki nie zacznę porządnie spać, to terapia będzie tylko czymś, co sprawi, że mam poczucie, że robię coś także tylko dla siebie.

W zasadzie nie wyczerpałam tematu i jest sporo jeszcze do powiedzenia, ale nie wiem, czy się w tym, co napisałam nie pogubicie - to wszystko jest ważne, dzieje się na bieżąco i nie mam zbyt dużo dystansu, więc pewnie jest chaotyczne. I jeszcze przepraszam za błędy ortograficzne - cholera! no nie wiem, jak, co się pisze, a nie mam już siły sprawdzać.

Dobrej nocy.

21:01, absolutnieprywatne
Link Komentarze (12) »
sobota, 30 grudnia 2006

jestem bardzo poruszona komentarzami pod ostatnią notką i bardzo chcę napisać jakiś porządny tekst - mam sporo przemyśleń i nowych doświadczeń

mam jednak mętlik w głowie, a mimo że więcej śpię jestem pieruńsko zmęczona... wysiadają mi nerwy i poważnie zastanawiam się, czy to depresja, czy nerwica... choć jestem psychologiem, to sama siebie zdiagnozować nie umiem... z resztą nigdy się nie zajmowałam zaburzeniami... (szewc bez butów chodzi)

nie ważne

ważne, że myślę o tym, co napisaliście, że to są bardzo cenne uwagi i myślę o Was ciepło

chcę też Wam życzyć w Nowym Roku życzliwości dla samych siebie, dla innych i od innych - ostatnio wydaje mi się, że to podstawa dobrych relacji

mam nadzieję, że ten rok przyniesie nam wszystkim coś bardzo dobrego

do siego

kasia

a czarować będzie (żeby się spełniło) wróżka Zosia

ps. jeśli macie ochotę zajrzyjcie tu:

http://daimonion.blox.pl/html

albo tu:

http://www.sophiehope.com/

dzieła mojego małżonka

21:02, absolutnieprywatne
Link Komentarze (8) »
wtorek, 19 grudnia 2006
usypiania samodzielnego ciąg dalszy

Najgorzej jest z pierwszym spaniem - Mała rozpacza strasznie. Stoji w łóżeczku i ryczy rozpaczliwie. Ma już chrypkę, więc to, co łapało mnie za serce, teraz mnie szarpie. Wiem, że dla dobra Zosi nie mogę się poddać i ulec.

Tylko czy dla dobra?

Tak strasznie się boję, że ją zawiodę, że zrobię jej jakąś krzywdę! Głupie to! Ale cóż, skoro tak czuję. Z drugiej strony, choć to bolesne, może właśnie krzywdę jej zrobię, jeśli nie pozwolę przeżyć tej frustracji, jeśli zamiast konsekwentnie zostawiać ją w tym łóżeczku, wezmę na ręce, utulę i pozwolę zasnąć w moich objęciach?

Poza spaniem Mała zaczęła płakać na widok łóżeczka. Czy ktoś próbował już tę cholerną metodę? Czy też tak się działo? W czasie, kiedy nie śpi, bardzo trudno ją zostawić na kilka minut samą. Do tej pory potrafiła samodzielnie bawić się w kojcu ok 15 minut. Wystarczyło pojawiać się od czasu do czasu, mówić do niej i była szczęśliwa i spokojna. Odkąd wprowadziliśmy to przestawianie, nie pozwala się zostawić nawet na chwilę. Jest bardzo marudna i płaczliwa. Ciągle chce do mnie na ręce. Dlatego się boję! Dlatego tracę pewność!

A z drugiej strony śpi dużo dłużej i spokojniej (jak już w końcu uda jej się zasnąć). Dziś w nocy obudziła się na karmienie o 23 i zasnęła po nim nawet bez jęknięcia, a potem o 4 i o 7.

A teraz tak strasznie płacze, tak rozpacza, że zaczynam wątpić w sens tego wszystkiego. Boże! Mam minutę, żeby się pozbierać... silną być! silną!

I poradzę sobie z tym sama. Nie mam wyjścia, skoro mój małżonek pracuje i kiedy do niego dzwonię po wsparcie mówi mi, że przecież słyszy, że dziecko płacze. Tak jakby to nie było nic wielkiego. Nie umiemy być razem... ale to już inna historia.

szkoda że tak właśnie wyglądają moje urodziny

ps. przez szparę w drzwiach patrzę na Małą; już nie ma siły stać, więc siedzi, oczka jej opadają i opada główka, ale ona się nie poddaje i cały czas płacze - ten płacz zmienia swą melodię, intonację, rytm, częstotliwość, złość przechodzi w skargę... Mała przechyla się do do przodu, to do tyłu, ale ciągle wraca do pionu, a każdy powrót, to kolejny krzyk, czasem przerywany ziewaniem... pojękuje, kwili, aby za chwilę znowu wybuchnąć z pełną siłą... wreszcie głowa przeważa i Zośka leży... jeszcze kilka pojękiwań, żałosnych i cichych już żali i zasypia... jeszcze przez sen chlipnie, jęknie

a ja stoję w tych drzwiach, łzy spływają na moją nową urodzinową bluzę i już sama nie wiem, co mam czuć i czy dobrze robię; chcę zawołąć POMOCY! ale przecież nie mogę, bo Mała się obudzi...

po tym płaczu jest cała mokra - od łez i potu, więc teraz przykryję ją kocykiem, ponieważ zasnęła daleko od swej podusi i na kołderce, a nie pod...

to wszystko trwało 45 minut - a dla mnie jakby wieczność

11:11, absolutnieprywatne
Link Komentarze (14) »
niedziela, 17 grudnia 2006
nauka samodzielności

Zosia ma zaledwie 9,5 miesiąca, a my już popełniliśmy sporo błędów... nie wiem, czy można mówić o błędach, ale...

tak strasznie zafiksowałam się, że w pierwszym roku życia trzeba dać dziecku poczucie bezpieczeństwa i miłość, że jakoś zapomniałam o nauce samodzielności; mam zadatki na nadopiekuńczego rodzica, jak nic... sporo pewnie można wytłumaczyć kłopotami brzuszkowymi, ale nie o to chodzi, żeby się tłumaczyć!

staneliśmy jako rodzina przed wielkim wyzwaniem: przekładamy Zosię z naszego łóżka do jej łóżeczka i pokoiku; zaczęło się wczoraj o 15; powiedzieliśmy A, więc mówimy B, C itd i się nie wycofujemy, choć za każdym razem, kiedy z jej pokoju dochodzi płacz, kraje mi się serce.

Piszę więc, żeby pamiętać:

- płacz dla dziecka jest doskonałym sposobem wyrażania emocji, ale i rozładowywania napięcia; przecież sama znam to uczucie ulgi, kiedy się porządnie wyryczę

- aby dziecko czuło się bezpiecznie, potrzebuje nie tylko pochwał i głaskania po głowie, ale także wyznaczania granic

- dajemy Zosi szansę nauczyć się czegoś naprawdę wielkiego i jednocześnie możliwość cieszenia się z sukcesu, z własnego osiągnięcia, a to daje z koleji poczucie kompetencji, które buduje stabilne poczucie własnej wartości

- nasze małżeństwo jest ważne, a związek kobiety i mężczyzny rozdzielonych dzieckiem (choćby nie wiem jak bardzo to dziecko kochali) brnie w ślepy zaułek

- jeżeli rodzice kładą dziecko pomiędzy sobą na noc, wtedy "faszerują" je emocjami, z którymi się borykają (zwłaszcza jeśli są w kryzysie)

- to ważne, żeby mieć w życiu własną przestrzeń; wszystko jedno, czy ma się 9 miesięcy, 9 czy 19 lat

- mimo że zasypianie jest jeszcze z płaczem, to wczoraj spała w nocy dłużej niż kiedykolwiek w swoim życiu!

Stosujemy plan terapii wg książki "Każde dziecko może nauczyć się spać".

Jak się czujemy? Na pewno jesteśmy zmęczeni i czasem rozdarci pomiędzy założonym planem, a chęcią utulenia Małej. Czasem dopada nas irytacja i strach (chociaż bałam się dużo bardziej zanim zaczęliśmy). Staramy się wzajemnie wspierać jako rodzice (choć czasem jest nam trudno, bo zupełnie inaczej reagujemy na stres) i przede wszystkim dajemy Małej jak najwięcej czułości, miłości, uwagi w okresie jej aktywności - to dla niej w końcu naparwdę ogromna zmiana i wielki stres. Jesteśmy też pełni nadzieji. Myślę o 6 godzinach ciągłego snu, o możliwości poczytania książki w łóżku, nie mówiąc już o przytuleniu się do Grześka. Myślę o czasie w dzień, kiedy Zosia będzie spała, ile będę mogła zrobić! I myślę, że także Mała wreszcie będzie wyspana. A na razie jestem czujna i nadsłuchuje - czy znów będzie płakała?

20:58, absolutnieprywatne
Link Komentarze (3) »
sobota, 09 grudnia 2006
myśli potargane

myślę o sposobie w jaki nawiązuję bliskie relacje... myślę o moim związku z grześkiem, z mamą... myślę o skryptach rodzinnych - powielanych przez pokolenia wzorach, o kobietach w mojej rodzinie...

uzależnienie...

jeśli kocham, to oddaję się mojemu mężczyźnie - wielki dar, z resztą zbyt ciężki do udźwignięcia dla każdego faceta

jeśli kocham dziecko, to chcę je chronić - zaraz, zaraz, a co z nauką samodzielności?

widzę siebie jako pieska, który czeka na głaski swojego pana - tak ja czasem czekam na dobre słowo od męża, na telefon od mamy, przyjaciółki ("koło ratunkowe")...

czytam książkę "kiedy rodzice kochają za bardzo" i widzę coraz więcej, i mam też w sobie jakąś wiarę, że w mojej mocy leży zmiana tego, co złe, uzależniające - że dam radę polegać na sobie, że stworzę swoją przestrzeń, o której przekroczeniu ja będę decydowała...

cisza, mała śpi, mąż wybył, szumi laptop, tyka zegar przypominając o swoim istnieniu i jest mi dobrze

22:29, absolutnieprywatne
Link Komentarze (6) »
piątek, 17 listopada 2006
brak natchnienia
dostałam od mojej siostry śliczne majtki - mam je na głowie
kieliszek po czerwonym winie pusty
melisa po trzecim parzeniu - niezbyt smaczna

dostałam wyzwanie...
mogę coś napisać do gazety...
mogę zrobić coś poza zmienianiem pieluch...

nie potrafię

Mała daje czadu, jęczy na dole, a ja tu wszystko słyszę; myśli uciekły
głowa pusta, jak ten kieliszek

jestem zawiedziona
sobą - jak zwykle

myślałam, że Małej przeszedł brzuszek, ale dziś znów mamy nawrót
może jak wywaliłam to złe z siebie, to teraz uda mi się napisać wypowiedź mądrej pani psycholog - bo jako psycholog mam się wypowiedzieć;

już nie mówiłam, jaki ze mnie psycholog, jak z koziej dupy trąbka - co z tego, że magisterka na 6, jak nic z tego nie pamiętam! głupia jestem, ogłupiona...

brednie, brednie, brednie...
słowa, słowa, słowa...

może jeszcze winka?
20:47, absolutnieprywatne
Link Komentarze (6) »
środa, 25 października 2006
list do znajomych
 
Jeżeli dostałeś/łaś ten list, to prawdopodobnie myślę, że ciekawi Cię, co u mnie słychać i ogólnie, jak się mam. Wysyłam "zbiorowy" list, ponieważ odeszły już w przeszłość czasy, kiedy mogłam pisać do każdego indywidualnie - nie ma siły, nie ma kiedy...
 
Myślę, że strasznie się zmieniłam, a może to wpływ nieprzespanych nocy??? Nie, a przynajmniej nie tylko. Co prawda nigdy w życiu nie czułam się jeszcze tak zmieniona, a brak snu zdecydowanie zmienia perspektywę, ale najbardziej zmieniła mnie nowa rola, rola mamy.
 
Macieżyństwo to dla mnie, oprócz pięknych momentów, o których za chwilę, przede wszystkim nauka pokory, wielka szkoła cierpliwości i nieustanne przekraczanie własnych granic: fizycznego zmęczenia, opanowywania złości, przechodzenia od frustracji do działania... także rezygnacji z bycia perfekcyjną, a nawet więcej - poprzestaniu na byciu wystarczająco dobrą (choć cały czas gdzieś w ciemnych zakamarkach czaji się myśl, że mogłabym więcej i lepiej - staram się ją zdusić lub wyśmiać, nie zawsze skutecznie)... a także wyznaczania granic i komunikowania wprost swoich potrzeb - tę lekcję wałkuję nieustannie i ciągle niestety pozwalam sobie włazić na głowę i mówię "nie" tak cicho, że nikt tego nie słyszy. Ale trenuję i bardzo, bardzo się staram. Parę razy w tygodniu przechodzę testy kwalifikacyjne: wizyta teściowej, a potem wizyta teścia i jego siostry. Muszę się trochę pochwalić, bo z wizyty na wizytę mój głos jest mocniejszy, bardziej pewny i donośny. No ale do pełnej słyszalności jeszcze mi daleko i zdarza się, że ktoś w przypływie wielkiej pomocności wyrywa mi z ręki dziecko, komenderuje, co mam robić lub zasypuje mnie toną nieprzydatnych ręczniczków, słoiczków i zabawek, którymi Mała i tak nie może się bawić, bo nie są dla niej bezpieczne...
 
Ostatnio czuję się jak na bezludnej wyspie. Nie mam czasu i sił pisać często, dzwonić, smsować, więc nie ma kontaktu ze światem zewnętrznym i nawet osoby, które są mi najbliższe, są daleko. Z resztą każdy ma swoje życie, swoje problemy i to jest normalne. Nawet koleżanki z Katowic się oddaliły (każdego dnia spotykają się na spacerach w parku), ponieważ mam pieprzony samochód, w którym nie da się wyłączyć poduszki z przodu i nie mam, jak wozić Małej - z tyłu, kiedy jest sama dostaje spazmów i szału (z resztą nie tylko, jak jest sama, ostatnio ogłosiła bojkot fotelika i podróżowanie samochodem to koszmar). Poza tym nasz rytm snu (chwała bogu, że udało się ustalić jakiś rytm snu w dzień, skoro w nocy się nie da), nie daje dużego pola manewru. Od 10 do 12 i od 15 do 17 śpimy obie (jeśli tylko uda mi się zasnąć) i nie ma przebacz. Inaczej dzień jest zlany łzami - moimi i Zosi.
 
A jeśli chodzi o moje radości, to Zośka jest cudownie fantastyczna. Śmieje się, gada (ostatnio najchętniej tak: aaata ta ta ta uuuta ta ta), wie, gdzie są lampy i jak robi krowa (buuu, jakby ktoś nie wiedział). Nade wszystko kocha wstawać i wspinać się po wszystkim, nawet po tym, po czym się nie da. Została fanką schodów i pokonuje je z wielką pasją od dołu do góry - w drugą stronę jeszcze nie. Wylizuje i ssie wszystko, co wpadnie jej w łapki, kocha szarpać gałązki, patrzeć na pieski (mamy cudownego labradora na osiedlu i trochę hałaśliwego jamnika), a także walić łapkami w stół i lustra. Nie cierpi wózka i fotelika, a także ubierania. Jeśli nie boli jej brzuszek, a nawet czasem także kiedy walczy z bąkami i kupą, jest cudnie pogodna, radosna i roześmiana. Od czasu do czasu pokazuje pazurki i ostrym krzykiem lub płaczem buntuje się przeciw woli dorosłych i złośliwości przedmiotów martwych (to szczyt bezczelności, kiedy ściana nie chce się przesunąć, a kontakt wydłubać, a plamki z kafelek nie dają się podnieść, a drzwi od lodówki otworzyć).
 
Uwielbia tańczyć na rękach u mamy lub, a najlepiej i, taty. Podryguje w rytm muzyki - ma swoje ulubione hiciory, np obrzydliwie upierdliwy kawałek wygrywany przez wielbłąda pozytywkę przytarganego przez teścia z Egiptu. Nade wszystko lubi się kąpać i pluskać w wodzie. Każdy zbiornik wodny, począwszy od kibelka, poprzez strumyczki, a skończywszy na jeziorze (morza jeszcze nie widziała) napawa ją entuzjazmem, radością i fascynacją. Najczęściej objawy tychże emocji obserwujemy w wanience, dzięki czemu nasza łazienka jest zalewana każdego wieczora.
 
Fascynujące jest także jedzenie. Ale nie wtedy, kiedy ktoś karmi, tylko, gdy Zosia może sama dostarczać sobie pokarm do ust. A więc naszym największym przyjacielem jest ogórek, melon oraz gotowana marchewka. Okazało się, że ziemniak wspaniale się rozgniata na stoliku, ale nieco gorzej smakuje.
 
I tak płynie moje życie... mijają dni za dniami, noce za nocami... Zośka dorasta, a my, rodzice, razem z nią. Na raze jedno pozostaje niezmienne - brak snu i cierpienie Małej z powodu brzuszka. Liczę, że wyniki kompleksowych badań, które miała robione, rozjaśnią obraz mądrym lekarskim głowom i wreszcie ktoś nam pomoże. Tymczasem kończę, bo mój czas się kończy. Zaraz kąpiel!!!
 
Jeśli masz ochotę, napisz do mnie - tylko nie licz na to, że odpiszę ;) nie często się zdarza, że mam czas dla siebie. Prędzej odpowiem na sms, bo w czasie karmienia telefon mam przy sobie - nie mogę tylko rozmawiać.
 
Tymczasem ściskam, pozdrawiam i naprawdę jestem cikawa, co u Ciebie słychać.
Kaśka
Ps. Załączam kilka fotek. :-)
na rączkach u taty

na rączkach u mamy

w wanience

w kojcu

na huśtawce

Zakopane jest takie ciekawe, że aż Zosia usnęła w nosidełku

pierwszy słony paluszek

21:11, absolutnieprywatne
Link Komentarze (14) »
wtorek, 26 września 2006
noce

Typowa noc:

Mała usypia po ok 40 min. Jest 21. Za 30-40 minut budzi się z płaczem (brzuch). Trzeba ją wziąć na ręce, ukołysać, utulić, poprzez zmianę pozycji pomóc wypuścić bączki. Zasypia na rękach. Odłożona śpi jeszcze dwie godziny. Potem karmienie, które rozpoczyna serię karmień co dwie godziny. Na pół godziny przed każdym karmieniem Zośka robi się nerwowa,często pojękuje lub kwili przez sen, pręży się, kręci główką, przekręca z boku na plecki i z powrotem, a tuż przed samym obudzeniem - na brzuszek i staje na czworaka. Wtedy zanosi się płaczem, o ile wcześniej nie przyłożę jej do piersi. Każde karmienie trwa od 10 do 40 minut, przy czym Mała połowę tego czasu przesypia, lecz na tyle czujnie, że próba odłożenia jej na posłanko kończy się pobudką. Mnie też się zdarza zasnąć i wtedy do następnego karmienia mam dziecko na rękach. Koło 4-5 lub 6 mamy kryzys i cały czas od karmienia do karmienia jest nerwowy - Zośka śpi, ale tylko wtedy, kiedy ją trzymam za rączki lub kładę rękę na brzuszku.

Kiepska noc:

Usypiam Zośkę dłużej niż 40 minut, czasem nawet 1,5 godziny: ona przysypia, ale nagle zaczynają się bączki, więc się zaczyna prężyć, to ją rozbudza i cała zabawa zaczyna się od początku. W najgorszym razie trzeba ją znieść na dół i zabawiać ok dwuch godzin. To wszystko może potrwać do 23.

Potem zamiast usnąć na rękach (po 40 minutach snu), rozbudza się i sytuacja jak wyżej.

Cały czas śpi nerwowo, wierci się, płacze i jęczy przez sen.

Kiedy nadchodzi poranny kryzys, rozbudza się i czuwa dwie godziny, tzn, że trzeba się nią zająć. Częściowo udaje się to przetrwać na kotłowaniu się po łóżku: Zośka raczkuje i wspina się po nas, po kołdrze, po poduszkach. Jest to cudowne, ale nie o 4! Poza tym zawsze nadchodzi ten moment, kiedy samo przewalanie się nie wystarcza - zaczyna się ciągnięcie mamy za włosy, szczypanie taty po twarzy (jakoś trzeba złapać tę brodę), no i cudowne gaworzenie, które o każdej innej porze powala mnie na kolana i maksymalnie rozczula.

Super noc:

Zośka zasypia w ciągu 10 minut i daje się bez problemu odłożyć (zaznaczam, że odkładam ją do naszego łóżka, a nie do jej łóżeczka, które jest straszliwe i nie nadaje się wg naszej córki do spania).

Nie budzi się po 40 minutach lub daje się szybciutko ugłaskać na leżąco (to już sięprawie nie zdarza).

Przesypia trzy godziny, karmienie i nastepne trzy godziny spokojnego snu. Potem jest jak normalnie.

Takie noce bywają... mogłabym je policzyć na palcach obu rąk. Są jak światełko w tunelu i rozbudzają nadzieję, że może być lepiej.

Ja niestety nie zawsze zasypiam szybciutko po każdym karmieniu. Często przekręcam się z boku na bok i tak w pół śnie umiem dotrwać do następnej pobudki.

Powiedzcie mi, czy to jest normalne?

Moje napady złości tłumaczę sobie zmęczeniem i brakiem snu. To że nie umiem się zorganizować, że każde wyjście jest dla mnie wyzwaniem i stresem, a już spotkanie umówione na konkretną godzinę mnie totalnie przeraża - w dzień Zośka i ja odsypiamy te noce. Teraz na przykład miałam być na spacerze z moimi koleżankami, ale Mała zrobiła mi niespodziankę i śpi już drugą godzinę!!! Mam dziś dentystę na 16. Jak ja to zrobię, żeby zdążyć na czas? A jeszcze żeby było śmieszniej w niedzielę lecimy na Rodos. I z jednej strony jestem podekscytowana tymi wakacjami i pokładam w nich wiele nadzieji (bo lecimy z moimi rodzicami, którzy, myślę, bardzo nam pomogą), a z drugiej jestem w totalnym dygocie i przerażona tyloma rzeczami: spakowaniem wszystkich niezbędnych rzeczy tak, żeby nie przekroczyć 15kg, podróżą samolotem, nocami w ośrodku (jeśli Mała będzie płakać, sąsiedzi nas znienawidzą), jak Mała na to wszystko zareaguje????

12:43, absolutnieprywatne
Link Komentarze (5) »
piątek, 15 września 2006
MANTRA

jestem z siebie dumna

szanuję to, co robię każdego dnia

jestem dobrą mamą, nawet więcej - jestem coraz lepszą mamą

jestem atrakcyjną kobietą

jestem piękna

jestem silna

kwitnę...

22:02, absolutnieprywatne
Link Komentarze (8) »
piątek, 08 września 2006
liczenie

"umiesz liczyć?

licz na siebie!"

tak powiedział kiedyś do mnie mój mąż

myślałam, że to żart

ale już wiem, że nie

nie mam przestrzeni na realizację własnych potrzeb... ale ją sobie stworzę; jutro pierwsze warsztaty tańca brzucha!!!

w przyszłym tygodniu spotkanie ze znajomymi młodymi mamami oraz wizyta u kosmetyczki

w przyszłym tygodniu mediacje - postanowiliśmy skorzystać z pomocy specjalisty

będę też szukała sympatycznej stadniny - chcę wrócić do jazdy konnej

a kiedy się zregeneruję, zabiorę się do realizacji planów zawodowych, ale to już inna bajka

przed chwilą obudziła się Mała (dla odmiany ma teraz anemię i przyjmuje żelazo, które powoduje u niej bolesne zaparcia i bóle brzuszka); utuliłam ją i poczułam, jak bardzo jestem zmęczona

Zosia tuli się do mnie i chwyta swoimi malutkimi, delikatnymi rączkami; próbuje mi powiedzieć "zostań ze mną, nie odchodź nawet na moment", ale ja dojrzewam coraz bardziej do roli mamy i wiem, że muszę ją zostawić...

dobrej nocy dla wszystkich

liczę na parę godzin snu (więcej niż ostatnio)

22:52, absolutnieprywatne
Link Komentarze (9) »
piątek, 01 września 2006
zabociek na dobranoc

zamiast frustracji - marzenie

22:51, absolutnieprywatne
Link Dodaj komentarz »
na razie

na razie zamieszczam tekst Agnieszki Chylińskiej,

a potem będzie kawa na ławę!!!

mam dość poprawności politycznej i choć nie mam dziś w sobie złości, to myślę, że czas napisać, co ja o tym wszystkim myślę!!!

Ja wiem, że Machina to nie jest miesięcznik dla początkujących matek. Ja
wiem, że powinnam o popkulturze, o artystach, o płytach, o przeżyciach
natury wyższej, ale obecnie to niemożliwe.
Ni ch**a! Pisze Agnieszka Chylińska.
Ja jestem w szoku, jestem kontuzjowana i niech mi panowie Metz z Beliną
wybaczą, ale ja z pyskiem wypłowiałym, mózgiem otępionym jedną godziną
snu na dobę, z cyckami zaropiałymi jak po jakiejś supersesji sado maso, z
wielką pieluchą między nogami, ja obecnie nie mogę inaczej i o czym
innym.
Muszę to napisać, muszę to z siebie wypluć, muszę to opisać, bo jakoś
wcześniej z takim opisem się nie spotkałam i może gdybym wiedziała...
Macierzyństwo to ściema! Wiem to na pewno! Poradniki, gazetki, reklamy
pieluch nawet: wszyscy kłamią! To pułapka, w którą dałam się złapać i
teraz zdezorientowana i zaszczuta chowam się po kątach, by mnie nie
zauważył ssak, którego powiłam parę tygodni temu, by mnie nie wypatrzył,
nie wyczuł, że jestem w pobliżu. Nawet nie o mnie ssakowi chodzi, ale o
dwa nabrzmiałe balony, które przy delikatnym nawet ruchu sikają strugami
mleka.
Zostałam oszukana, uległam propagandzie, poleciałam na tysiaka i teraz
mam!

A tak ładnie wszystko szło. Kupowanie koszulki rozmiar 54 z napisem
"Motorhead", wzdychanie i rozmyślanie nad tym, jak ukierunkuję ideowo syna
mojego pierworodnego. Roztkliwianie się nad parą skarpetek, wzdychanie na
widok uśmiechniętych bobasów widzianych przelotnie w centrach handlowych,
zaczytywanie się poradnikami i wiara w to, że się jest uwarunkowaną
genetycznie do bycia matką Polką, że się będzie stosować metody
najbardziej delikatne, nieinwazyjne, naturalne przy pielęgnacji i
wychowywaniu cudownego potomka.
A tymczasem? Dlaczego nikt mi nie powiedział o tym, że poród będzie
potwornym cierpieniem, i że się będę wstydziła przeć, myśląc cały czas o
tym, by nie narobić dziecku na głowę? Dlaczego darłam się w niebogłosy,
tworząc najbardziej spontaniczny tekst nowej piosenki pod tytułem "ja już
k**wa nie mam siły", naczytawszy się wcześniej o fantastycznych
znieczuleniach, technikach relaksacyjnych i innych takich? Dlaczego
mamiono mnie opisami fantastycznych przeżyć, wręcz erotycznych, podczas
karmienia piersią, gdy tymczasem okazało się , że bezzębny dziamdziak
może zmasakrować suty w try miga i domagać się co godzinę dalszej masakry,
więcej krwi...
I dlaczego dopiero pod koniec jednego z poradników małymi literami było
napisane, że jeśli ma się chęć sprzedać swoje dziecko na allegro to
powinno się zwrócić do osoby duchownej z prośbą o poradę lub od razu
zamknąć się w psychiatryku... Ciekawe... I na czym miało polegać
"wzmocnienie i rozkwit związku, gdy pojawia się dziecko", jeśli jedyne co
mam do powiedzenia mojemu chłopakowi od miesiąca to:
przynieś-wynieś-pozamiataj, nie rób tego tak, możesz mi pomóc?, a może ty
go przewiniesz?, nie wk**wiaj mnie, to twoje dziecko, a to se go bierz,
nie rozdwoję się, możesz tu łaskawie przyjść?
Nigdzie nie przeczytałam o tym, że dziecko drze gębę. Znalazłam wzmianki
O tym, że kwili, płacze, marudzi, gaworzy, ale nie ma nic o tym, że ma
syndrom "Blaszanego bębenka", znaczy się, że szyby pękają, gdy zaczyna
ryczeć od 16.00 do 23.30, by usnąć z uśmiechem i pozwolić mi zrobić siku,
umyć się, zjeść coś szybko.
Koleżanki mi mówiły: Och, wiesz przy dziecku szybko się chudnie. Teraz
wiem dlaczego. Bo nie ma się czasu zjeść. Teraz też się drze, a ja muszę
oddać ten felieton i musi być dobry, z puentą, na poziomie, a mam oczy na
zapałki i piszę tę jedną kartkę jakieś sześć godzin, gdyż odskakiwać muszę
co chwila, bo kupa, bo płacz, bo mleko, bo coś tam i do tego jeszcze burdel
w mieszkaniu i kot zazdrosny porzygał się właśnie ostentacyjnie na środku
pokoju. Rokendrol, nie ma co...

20:43, absolutnieprywatne
Link Komentarze (11) »
wtorek, 29 sierpnia 2006
do dupy

czasami życie wydaje się do dupy i racjonalna ocena rzeczywistości (jest przecież TYLE rzeczy, z których można się cieszyć) nie poprawia samopoczucia, a nawet je pogarsza, bo jak można być tak beznadziejną osobą, że mając tyle szczęścia, czuję się tak podle

w każdym razie zaczynają mnie dopadać myśli, że udupiłam się na amen, po wieki wieków - moją cudną, fantastyczną córeczką, przez którą nie śpię od 6 miesięcy, która sprawia, że nie umiem stworzyć przestrzeni na realizację własnych potrzeb i często nawet nie mogę się wysikać, kiedy mi się chce (tylko albo na zapas, bo właśnie karmię, usypiam i będzie to trwało, albo na granicy zlania się w gacie, po odłożeniu uśpionej królewny)

nie umiem się zorganizować

z jednej strony drżę o Małą (żeby nie bolał jej brzuszek, żeby spała tyle, ile potrzebuje, żeby przyjęła lekarstwa na czas - dla odmiany mamy anemię), z drugiej mam seredcznie dość słuchania jej jęków i zastanawiam się, jak udało mi się spieprzyć to wszystko, że już mam szantażystkę i histeryczkę

nikt nie pisze o macieżyństwie jako o paśmie złości i frustracji przerywanym tylko od czasu do czasu radościami; o samotności, o BEZRADNOŚCI, o chęci zaduszenia własnego dziecka poduszką, kiedy jest już 23 i ja padam na ryja, a ona cały czas chce się bawić; czasem potrząsam Małą, a potem walę się w łeb i płaczę, bo myślałam, że nigdy nie będę tak głupia, żeby ją potrząsać!!!

czuję się paskudnie i do dupy

czuję się jakby brakowało mi tlenu

jestem wychudzona (co ciekawe, choć nigdy jeszcze nie ważyłam tak mało, wydaje mi się, że jestem za gruba i mam wystający brzuch i obwisłe cycki), brzydka, szara, nieciekawa, smutna, bez energii i bardzo, bardzo samotna...

nie umiem się dogadać z mężem - mijamy się w pewnych kluczowych kwestiach i nie widzę tu szans na porozumienie... z resztą nie chce mi się o tym pisać, bo to dołuje mnie jeszcze bardziej

tak się czuję, więc tak piszę - nie po to, żeby mnie pocieszać, bo jutro wstanie słońce (o ile przebije się przez te cholerne chmurzyska) i świat nabierze kolorów, a ja dobrego humoru

albo i nie

22:03, absolutnieprywatne
Link Komentarze (11) »
wtorek, 15 sierpnia 2006
o bańce mydlanej

Niesamowite jest dążenie człowieka do nadawania sensu/ów, dopisywania znaczeń (to nawet nie umiejętność, lecz pewnego rodzaju przymus raczej). O ile w pewnych sytuacjach, typu: biją - uciekam, czerwone - staję jest to cecha niewątpliwie przydatna i ułatwiająca życie, o tyle w relacjach, jeśli jest "zamknięta", "jednoznaczna", "czarno - biała" (w psychologii mówi się o kategoryzowaniu), może być przyczyną kłopotów i nieporozumień, zaostrza konflikty, sprzyja umacnianiu się stron na swoich, jedynie słusznych, stanowiskach.

Tylko czy każdego dnia, kiedy dzieje się tak wiele, jest czas i możliwość poszukiwania nowych znaczeń, zastępowania stereotypowej interpretacji świeżą i twórczą myślą?

Czy w tym pędzie będziemy potrafili zatrzymać się na moment i powstrzymać ODRUCH na rzecz twórczej reakcji?

To tak jak piosenka o bańce mydlanej - może być głupią rymowanką, albo przewrotnym tekstem o sile perzekonań. Lub o tęsknocie, lub o dostrzeganiu tego, co z pozoru widoczne...

A piosenkę ułożyl dziadek (który przekazuje geny mentalnie) dla Zosi do muzyki Brahmsa (brzmi od prawie 6 miesięcy w cudnej zosiowej pozytywce):

To ja, to ja, mała bańka mydlana.

Kto wie, kto wie, ten się nigdy nie dowie,

Jak czerwony jest mak,

I czemu bańce go brak.

Słowa ciutkę zmieniłam, ale sens (lub sensy) pozostają takie same.

Takie oto myśli naszły mnie podczas dnia dzisiejszego, który jest dniem szczególnym, bo to 15 sierpnia, czyli rocznica naszego ślubu. Trzecia rocznica, jeśli chodzi o ścisłość.

Dletego chciałam podziękować mężowi, że wytrzymał ze mną te lata (także te trzy z przed ślubu). Po krótkim namyśle, dziękuję także sobie, bo i mnie należą się podziękowania ;).

Życzę nam nie tylko gorącego, namiętnego seksu, ale przede wszystkim życzliwości, cierpliwości, czasem dystansu i zachłannej ciekawości siebie na wzajem - tego czegoś, co sprawia, że bycie razem staje się przygodą.

A także wznoszę toast: żeby Zośka dobrze spała!

23:11, absolutnieprywatne
Link Komentarze (11) »
piątek, 11 sierpnia 2006
słów kilka

o moim zorientowaniu w świecie niech świadczy fakt, że usłyszałam dziś, że będą wybory do samorządu...

nie wiem, czy głosować;

pierwszy raz w życiu mam ochotę nie głosować... ale z drugiej strony - może można coś jeszcze uratować: tylko co i przed kim, bo nie ma komu zaufać!!! nawet nie ma mniejszego zła...

tymczasem Zosia od wczoraj piszczy!!! pochłania ją to prawie bez reszty - równie atrakcyjne jest tylko zjadanie własnych stóp!

wygraliśmy super aukcję na allegro i Zośka ma (za śmieszne pieniążki) przecudne ciuszki!!! jest w nich jeszcze śliczniejsza! niestety ona nie podziela mojego zachwytu i tak samo jak na stare, tak i na te pluje i ulewa ;) cóż taka jej natura!

acha!!! i jeszcze chciałam napisać o restauracji SPHINX w silesia city - wczoraj potraktowano nas tam okropnie i chamsko!!! kelnerom przeszkadzał wózek Zośki i nie pozwolili nam przestawić stolika!!! jeszcze nigdy w żadnej knajpie nikt nie był tak bezczelny!! Sphinxy zawsze lubiłam właśnie za super obsługę. W Geancie w Dolinie Trzech Stawów chodziłam tylko tam, bo chłopaki zawsze byli przemili i jak mi się w ciąży zachciało, to dostałam sok z marchwii, mimo że nie mieli w karcie.

także olewajcie sphinxa w silesii - nie warto tam chodzić!!!

miłego weekendu!!!

ps. i jeszcze link, którym się odgrażałam u bondzia ;)

www.daimonion.blox.pl

tak dla odmiany :-))))))))))))))

16:34, absolutnieprywatne
Link Komentarze (7) »
poniedziałek, 07 sierpnia 2006

tia...

skończyły się kolki (oby!)

zaczęły się zęby!!!

21:05, absolutnieprywatne
Link Komentarze (5) »
poniedziałek, 31 lipca 2006
Relacja.

Dziś wizyta u naszej Pani dr Zuzy: Zosia waży już 6,560 kg i ma 68 cm. Ponieważ kolki nie ustępują czeka ją szereg badań. Dodatkowo ma jakieś szmery w serduszku.

Wiem, że wszystko będzie ok, ale jest noc, a ja siedzę sama w domu i ogarnia mnie przerażenie. Na razie boję się pobierania krwi. Bardzo staram się trzymać na wodzy myśli, nie dać się ponieść fantazji.

Skupiam się na tym, że Zosia jest cudowna, kontaktowa, bardzo pogodna, radosna, mimo że tyle się wycierpiała. Koncentruję się na momentach, kiedy jesteśmy tylko dla siebie, gdy Mała się budzi i miziamy się noskami. Albo na karmieniu: kiedy karmię ją piersią, a ona wtulona we mnie zasypia (czuję się wtedy najważniejsza na świecie - ponieważ mam w ramionach prawdziwy skarb), albo kiedy Zosia otwiera buźkę, aby pochłonąć kolejną łyżeczkę swojej dyni i śmieje się do mnie!!! albo zaraz za łyżką z dynią w buzi znajdują się paluszki (już niedługo także te stópkowe).

Z resztą mamy pozwolenie na wprowadzenie do diety nowych przecierów owocowych i warzywnych. Już się cieszę na Zosiową radość i zachwyt z powodu odkrywania nowych smaków!!!

A ja?

Ja jestem zmęczona. Jakoś bardziej optymistycznie patrzę na świat i za radą mojej przyjaciółki (dzięki Asik) doceniam to, co mam. Coraz lepiej mieszka mi się w naszym nowym domu, adaptuję się na osiedlu, fajnie dogaduję z sąsiadami - z resztą prawie wszyscy to młode pary z małymi dziećmi. W wolnym czasie przeglądam ogrodnicze gazety i planuję zieleń przed domem (Grzesiek zajmuje się ogrodem, a ja mam do swojej dyspozycji front - mierz siły na zamiary). Nie mam czasu i siły na blogowanie, choć mam ochotę - tak samo jak z telewizją, książkami, gazetami i innymi sprawami.

Okazało się, że na mojej diecie antykolkowej schudłam już ze 20 kilo - w każdym razie nigdy jeszcze nie byłam tak szczupła. Ciuchy, które kupiłam miesiąc temu spadają mi z tyłka. Inna strona medalu, to straszliwe dziurska w zębach (już zaczęłam leczyć), wypadające włosy (nie musimy mieć w domu dywanów, wystarczą moje kłaki), łamiące się paznokcie i krwawiące dziąsła. No ale dosyć tego narzekania!!!

Poznałam dwie mamy, które swoją postawą dodają mi sił i energii - postanowiłyśmy spotykać się regularnie, a na te spotkania zapraszać masażystę. :-)))

Kryzys z mężem mija. Omijamy drażliwe tematy, obydwoje, myślę, zmieniliśmy strategię działania i możemy na sobie bardziej polegać. Przez ostatni tydzień, kiedy tak mocno nasiliły się kolki, Grzesiek pomagał mi każdej nocy i skrócił do minimum wyjazd służbowy - dostałam to, czego potrzebowałam, choć nawet nie poprosiłam (nie mówiąc już o wykłócaniu się o swoje). Staramy się wychodzić trochę do ludzi, żeby nie zwariować z powodu kolek. Jest lepiej.

I tym optymistycznym akcentem zakończę ten nieskładny chyba wywód (trudno mi przelewać myśli na zdania, wyszłam z wprawy), wywieszę pranie, wezmę szybki prysznic i położę się koło mojej córeczki i, mam nadzieję, pośpię sobie przynajmniej do 2 bez masowania, noszenia i takich tam!!!

Dobrej nocy, dobrego dnia, pogody w sercu.

Ps. A na zakończenie kawałek mamy z córką :-)

22:58, absolutnieprywatne
Link Komentarze (10) »
środa, 26 lipca 2006
z zosia na kolanach

kolki jeszcze trwaja - dzis pelnilismy dyzur od 00.20

zosia nauczyla sie przekrecac z pleckow na brzuszek- przekreca sie i wyje, bo nie umie sie poruszac w kierunku kuszacych przedmiotow; przekreca sie non stop, gdy tylko zostanie polozona, nawet jak juz opadla z sil!!!

ja zregenerowalam sie troche u mamy i na mazurach, ale zmeczenie jest caly czas moim wrogiem nr 1 i chyba przyczyna kryzysow... oprocz tego nie mam  juz polowy wlosow, za to mam polamane paznokcie i ubytki w prawie kazdym zebie! coz! efekty mojej cudownej diety!!!

zaraz nastapi cudowny moment - karmienie i spanie!

wiec koncze

ps zosia urosla - zobaczcie u meza

09:31, absolutnieprywatne
Link Komentarze (7) »
wtorek, 27 czerwca 2006
po winku
mam nadzieję, że żabojady przegrają i że zwycięży hiszpania, bo hiszpania niedaleko jest od portugalii, a portugalia jest wspaniała, a zwłaszcza piękny Christiano Ronaldo!!!

Zosia przekręca sie już i na prawy boczek, a poza tym nieustająco ma kolki; wieczorkami natomiast urządza poupałowe histerie...wszyscy radzą, co zrobić, co przebadać, co podać - koniecznie soczek z marchewki, koniecznie wodę z miodem, kioniecznie do zielarza, a mnie szlag jasny trafia, jak słyszę te mądre rady - no jakoś przez to niewyspanie nie mam odporności na ludzkie gadanie (prawdę mówiąc, to chyba nigdy nie miałam)

póki wino szumi w głowie, idę spać, bo pewnie koło 1 trzeba się zabrać za masowanie - dziś będzie pewnie lepiej, bo kurier dostarczył naszą suszarkę!

tymczasem SPAć
22:46, absolutnieprywatne
Link Komentarze (4) »
poniedziałek, 26 czerwca 2006
wreszcie
pierwszy raz od miesiąca w necie -  czytam swoje sms'owe wpisy i Wasze komentarze...
Zosia śpi za ścianą;
jestem u mamy
postanowiliśmy odpocząć od siebie trochę
co się z nami dzieje?

albo się rozpadniemy, albo stworzymy nową, silniejszą całość; na razie nie wiem, na czym stoję; niedzielna rozmowa nie wyjaśniła za wiele; choć wiemy o sobie więcej... czy to dobrze? wyjaśni się w najbliższym czasie... nigdy jeszcze nie czułam, że jesteśmy sobie tak obcy; wiem też, że różnice mogą łączyć i mogą się dopełniać, tworząc harmonijną całość: jak jin i jang...

przykro mi, że jestem Waszą blogową marudą... może teraz, kiedy mam dostęp do netu, bedzie mi łatwiej pisać też o tych chwilach cudownego szczęścia, które dają mi energię, mimo ciągle nieprzespanych nocy, mimo strachu, że zostanę samotną mamą, mimo lęku o brzuszek Zosi, mimo wszystkich innych przeciwności!! no i wreszcie będę mogła zajrzeć też do innych światów, co z pewnością sprawi, że nabiorę zdrowego dystansu do swoich zmartwień!

Zosia jest cudownie pogodna i dzielna! Mimo bólu, który jej towarzyszy, rozwija się fantastycznie!!! Wczoraj przewróciła się z plecków na brzuszek!!!Ale najwspanialsze są z nią rozmowy! Oczy wpatrzone we mnie i dźwięki cudowne, śmieszne, rozbrajające, czasem smutne, kiedy opowiada, jak ją bolało! Jest niesamowita!!! Gaduła nie z tej ziemi!!! Pięć minut gugania z Małą i od razu świat nabiera innych barw!!!

tymczasem pędzę się zdrzemnąć przed wieczornymi rytuałami, póki ona śpi...
19:25, absolutnieprywatne , na bieżąco
Link Komentarze (8) »
niedziela, 25 czerwca 2006
samotnosc, frustracja, chwile na plus i plonne nadzieje, duzo staran, marne efekty, niezrozumienie i masa nieporozumien, zal, zacietosc, lzy-nasz zwiazek
07:51, absolutnieprywatne , sms/mms
Link Komentarze (3) »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 13